Dołącz do czytelników
Brak wyników

Twarzą w twarz

29 listopada 2019

NR 10 (Grudzień 2019)

Potencjał cudem niezmarnowany

0 5

Rys. 1. Aoife

Choć obrazy wiszą w muzeach, a ludzi nieustannie staramy się zaszufladkować, to zarówno sztuka, jak i człowiek nie mieszczą się w sztywnych ramach. Na Instagramie nie liczy się, czy masz zespół Aspergera, znaczenie mają prace, które pokazujesz innym. O tym, jak przetrwać mimo odrzucenia i rozwinąć swoją pasję, rozmawiamy z Olgą Lubaszką, rysowniczką i studentką pierwszego roku edukacji artystycznej z elementami arteterapii.
 

Joanna Haręża: Pewnie od przedszkola już chwalono Panią, że pięknie rysuje…


Olga Lubaszka: Raczej słyszałam, że moje rysunki są beznadziejne, a ja się w ogóle nie staram. Po pierwsze – odkąd pamiętam, aż do dziś, kiedy rysuję, muszę obracać kartką w różne strony – na boki, do góry nogami. W zerówce nauczycielka krzyczała na mnie, dlaczego ciągle to robię, i nawet nie dawała szansy wytłumaczyć, że muszę obracać, bo mi po prostu lepiej wtedy wychodzi rysowanie. Nie było żadnych łagodnych zachęt z jej strony, tylko… przykleiła mi kartkę taśmą klejącą do blatu i kazała się męczyć. Po drugie dostawaliśmy na przykład gotowe kolorowanki, gdzie najważniejsze dla pani było to, żeby żadne dziecko „nie wyjeżdżało za linie”. Kto wyjeżdżał, ten według pani po prostu się nie starał. A ja, jako dziecko z zaburzoną koordynacją wzrokowo-ruchową, nie potrafiłam tego zrobić, więc według pani się nie starałam. Poza tym często rysowałam inaczej niż inne – według pani – grzeczne dzieci. Pewnego razu dostaliśmy wszyscy gotowy szablon, a na nim dzieci bawiące się na śniegu. I wszyscy z grupy pokolorowali różnobarwnie czapeczki, szaliki, ubranka. Śnieżek był u nich lekko błękitny, a niebo niebieściutkie. Ja wzięłam tylko trzy kredki: czarną, czerwoną i pomarańczową. Postacie i śnieg u mnie stały się szaro-czarne, a niebo krwistoczerwone z elementami pomarańczu. Zaniosłam to pani, żeby zapytać, czy ładnie, jak to małe dziecko… A co odpowiedziała nauczycielka… No, niech pani zgadnie…


JH: Że ohydne…?


OL: Dokładnie tak odpowiedziała: „Co to za ohydna praca! Co to w ogóle jest?!”. Do dziś pamiętam, jak bardzo zrobiło mi się wtedy przykro. Nawet nie dała sobie wytłumaczyć, co ja miałam na myśli,… że kiedy słońce zimą zachodzi, to wszystko ciemnieje i staje się prawie czarne, nawet śnieg. Tylko niebo prawie płonie.


JH: Zaczęła Pani wtedy rysować tak jak inne dzieci, żeby się nauczycielce podobało?


OL: Na szczęście tę panią zwolniono z pracy. Ale potem wcale nie było lepiej aż do liceum – nigdy nie usłyszałam szczerego zachwytu od nauczycieli, chyba że usiłowali mnie namówić, żebym namalowała to, czego oni sobie życzyli. Kiedyś np. pan od historii kazał mi namalować portret Józefa Piłsudskiego i obraził się, jak odmówiłam. W szkole najczęściej rysowałam w zeszytach do różnych przedmiotów, za co bardzo często dostawało mi się od nauczycieli. Zabraniali mi tego, bo uważali, że ich w ten sposób ignoruję i nie uważam przez to na lekcji. A to była nieprawda, …właśnie rysowanie pozwalało mi się wyciszać i skupiać jednocześnie na lekcji.


JH: Czy nauczyciele wiedzieli, że ma Pani zespół Aspergera?


OL: Mam diagnozę od dziesiątego roku życia, ale dla zdecydowanej większości z nich to niczego nie zmieniało. 


JH: A gdyby tak przyjrzeli się Pani rysunkom wtedy, to co by w nich zobaczyli?
 

Rys. 2. Lilia

OL: Na przykład to, że moje postacie mają sińce, rany, że na moich rysunkach ktoś mnie bije. W podstawówce zostałam dotkliwie pobita przez kolegów z klasy za to, że powiedziałam nauczycielce, że złamali regulamin i ściągali podczas klasówki. Zrobiłam to, bo jako osoba z zespołem Aspergera nie rozróżniałam, że choć istnieje oficjalny regulamin, to jednak ważniejszy jest w klasie ten, którego nikt nie napisał, nieformalny, mówiący m.in. o tym, że na kolegów się nie donosi.

Dziś myślę, że zaczęłam rysować, bo nie miałam przyjaciół, ani nawet zwykłych koleżanek lub kolegów – żadnych. Rówieśnicy, którzy byli obok mnie, dokuczali mi non stop, kradli np. moje prace tylko po to, żeby je zniszczyć na moich oczach, dokuczyć mi, upokorzyć. A ja bardzo pragnęłam mieć kogoś obok siebie, więc sobie tych przyjaciół stworzyłam na papierze. Rozmawiałam z nimi. Potrzebowałam świata, w którym ktoś mnie zrozumie, polubi i zaakceptuje, i nie będzie to tylko mama, tata lub brat…

Potrzebowałam też świata, w którym mogę odpocząć, w którym mogę się schronić przed gehenną codzienności, odstresować się i wyrzucić z siebie wszystkie emocje, całe cierpienie. To mi było potrzebne jak powietrze, to pozwoliło mi się… uratować.

Dziś już większości tych pierwszych prac nie mam, ale za to stworzyłam kilku swoich stałych bohaterów, a każda z tych postaci ma coś ze mnie. 

Na przykład Kanya – to imię oznacza w tolkienowskim języku elfickim – śmiałość. Kanya podobnie jak ja jest nieakceptowana przez otoczenie, bo się od niego różni. 

Lilia jest delikatna i bardzo łatwo ją zranić, ale jednocześnie ma w sobie dość siły, by się podnieść i jeszcze pomóc innym. No i jest dobra, ma dobre serce.

Aoife (imię irlandzkie) ma ze mnie radość życia, pogodę ducha i jak ja lubi wszelkie robótki ręczne i własnoręcznie wytworzone przedmioty. 

No i Ithil, czyli też elficka nazwa księżyca – to postać, której obcięto ucho podczas porwania w dzieciństwie. To ważne, proszę to napisać, że to symbolizuje tę moją ranę na duszy po pobiciu, która nie wiem, czy kiedykolwiek się zagoi, choć pracuję nad tym w terapii.

To jest mój świat – kilkadziesiąt rysunków, kilkanaście własnoręcznie zrobionych albumów z postaciami. Nad zapełnieniem jednego takiego albumu pracuję czasem bardzo długo. Nad ostatnim np. trzy miesiące. Te postacie są dla mnie tak samo ważne jak rodzina. W tym narysowanym świecie to ja decyduję o wszystkim i mam w nim wiernych przyjaciół. Gdyby w moim domu wybuchł pożar, to właśnie te albumy w pierwszej kolejności bym ratowała. Oczywiście wiadomo, że najpierw ludzi i zwierzęta. No i telefon też bym ratowała, ale to ze względów praktycznych.


JH: Sporo w Pani pracach inspiracji tolkienowskich i ze świata fantasy.


OL: Ja się fascynuję Tolkienem, jego uniwersum. Po przeczytaniu nie tylko książek, ale zwłaszcza listów Tolkiena, ja w tej całej jego baśni widzę bowiem drugie dno, no i też bardzo utożsamiam się np. z hobbitem Pippinem. Gdyby on istniał naprawdę, na pewno bym się z nim zaprzyjaźniła – tak jak ja jest taki roztargniony i często pakuje innych w problemy, ale jest jednocześnie taki uroczy, wierny swoim ideałom i bardzo wierny w przyjaźni. Wiem, że świat Tolkiena nie jest idealny, ale ja nie szukam idealnego świata, lecz takiego, gdzie zło jest przynajmniej zrównoważone przez dobro, przez wysiłek, żeby być lepszym, żeby stawić czoła ciemności. Świat fantasy daje mi wolność, a ja jej potrzebuję, daje większą swobodę w kreacji, realia rzeczywistości mnie wtedy nie ograniczają. A poza tym ten nasz realny świat dla osób z zespołem Aspergera kolorowy nie jest. W fantasy mogę odpocząć, a jednocześnie tam też są prawdziwe dla mnie emocje. Choć czasem nie umiem ich pokazać, to w tej konwencji właśnie potrafię je narysować. Wiem, co to jest smutek, nawet jeśli nie zawsze potrafię rozróżnić go na ludzkich twarzach.

 

Rys. 3. Kanya
 

Rys. 4. Aoife

 

JH: A czy myśli Pani, że zespół Aspergera ma wpływ na techniki, których pani używa?


OL: O tak, ale koniecznie proszę napisać, że to, co dobre dla mnie, nie oznacza, że będzie dobre dla każdego aspergerowca, bo każdy z nas jest inny, unikalny. Nie jesteśmy tacy sami.

Po pierwsze musiałam ćwiczyć siłę nacisku, bo miałam z nią duży problem. Kiedy zaczynałam od kredek, to za mocno przyciskałam, dlatego najbardziej lubię akwarelę, bo jest gładsza, nie daje tak ostrych linii, a ja wolę delikatniejsze przejścia. Choć umiem rysować węglem, to go nie lubię, bo mocno brudzi. Z tabletem graficznym mam problem, bo to, co rysujesz na tablecie, widzisz na ekran...

Pozostałe 70% treści dostępne jest tylko dla Prenumeratorów.

Co zyskasz, kupując prenumeratę?
  • 6 wydań magazynu "Terapia Specjalna"
  • Dostęp do wszystkich artykułów w wersji online
  • ...i wiele więcej!
Sprawdź

Przypisy