Dołącz do czytelników
Brak wyników

Okiem rodzica

2 grudnia 2019

NR 10 (Grudzień 2019)

„Pierwsze słowa”  historia rodzica dziecka niesłyszącego

0 6

Pierwsza ciąża, długo wyczekiwane dziecko, mnóstwo planów, oczekiwań, wyobrażeń. Wielka radość, kiedy Hania w końcu pojawia się na świecie, wprawdzie poród był lekko skomplikowany, ale nic nie wróżyło jakiejkolwiek niepełnosprawności.
 

Nie jest łatwo, kiedy pierwsze dziecko przychodzi na świat z daleka od rodzinnego domu, na emigracji, nie bardzo jest się z kim podzielić swoimi emocjami, ciężko porozumieć się z personelem medycznym, bo angielski jeszcze kuleje. Hania urodziła się zdrowa, jedynie z lekką żółtaczką, więc zostaliśmy kilka dni w szpitalu. Przesiewowego badania słuchu jeszcze wtedy w Kanadzie nie przeprowadzano, więc nikt nie miał żadnych podejrzeń. Jednak serce matki wyczuwało coś od początku i nie dawało spokoju. Wszyscy wokół, łącznie ze specjalistami, wybijali mi z głowy wszelkie wątpliwości, a ja chętnie słuchałam potwierdzeń, że wszystko jest w porządku i z radością przyjmowałam słowa otuchy. Niestety, wątpliwości się pogłębiały i wkrótce okazało się, że Hania nie rozwija się w takim tempie, jak jej rówieśnicy: nie trzyma dobrze głowy, nie przewraca się na boki, bardzo późno ząbkuje, siada, nie chce raczkować.

Długo koncentrowaliśmy się na jej rozwoju motorycznym, aż w końcu sprawdziliśmy słuch. I tu nastąpił wstrząs, okazało się, że nasze półtoraroczne już dziecko praktycznie nie słyszy – prawa strona zupełnie głucha, a lewa ledwie słysząca.

Świat się wali w takim momencie, nie wiadomo, co robić, od czego zacząć, gdzie szukać pomocy, no i przede wszystkim ogromny strach przed nieznaną przyszłością. Niepokój o to, czy dziecko podoła wyzwaniom w życiu, czy da radę w miarę normalnie funkcjonować w społeczeństwie, czy w ogóle będzie w stanie mówić, czy będzie samodzielne.

Niezliczona ilość niewiadomych, lęk, przerażenie i zwyczajna niemoc wywoływały łzy zwątpienia praktycznie każdego dnia. Tylko Hania, nieświadoma swojej ułomności, ciągle była radosna, ciekawa świata i ludzi.

Krótko po diagnozie Hania dostała aparaty słuchowe i trzeba się było z nimi oswajać przez jakiś czas. 

W szpitalu dostaliśmy skierowanie do trzech placówek, zajmujących się dziećmi głuchymi i niedosłyszącymi, ale tylko jedna z nich promowała komunikację werbalną, a nie język migowy. Nie mieliśmy wątpliwości, że właśnie tam musimy posłać nasze dziecko.

Zaczęliśmy terapię w programie „Pierwsze słowa”, widywaliśmy terapeutkę przeważnie raz w tygodniu, czasami w ośrodku, czasami w naszym domu. Od razu poczułam się lepiej otoczona wysokiej klasy profesjonalistami, ludźmi z pasją i wielkim zaangażowaniem. Ktoś nieustannie mnie wspierał i pokazywał, jak uczyć Hanię słuchać i mówić.

To nie była łatwa droga, często czułam się, jakbym rzucała grochem o ścianę – codzienne ćwiczenia, powtarzanie prostych słów i długo nic... Mimo zwątpienia uporczywie ćwiczyłam z Hanią codziennie, dużo do niej mówiłam, śpiewałam, czytałam, opowiadałam świat słowami i codziennie płakałam, bo mimo wielkiego wsparcia wydawało mi się, że może jednak za wysoko stawiamy jej poprzeczkę i za dużo od niej wymagamy.

Na szczęście terapeutka ciągle miała dla mnie w zanadrzu jakieś zadania, które przywracały mi wiarę w sens tej nauki i codziennego trudu. Przede wszystkim nauczyła mnie nie porównywać Hani z innymi dziećmi, tylko z nią samą sprzed roku, miesiąca, tygodnia. Patrząc z takiej perspektywy, zawsze można było zauważyć jakiś postęp i kolejny mały kroczek w jej rozwoju.

W końcu dostałam zadanie spisania wszystkich słów, które Hania wypowiada w jakimkolwiek języku (angielskim, polskim, czy własnym). Z początku wydawało mi się to bardzo banalne i proste, bo przecież Hania prawie wcale nie mówiła, ale jak się bliżej przyjrzałam i wsłuchałam, to okazało się, że lista słów była całkiem długa i co tydzień coś do niej dopisywałam. To było niesamowite i bardzo ważne dla mnie zadanie, bo pokazało mi, że moje dziecko jest w stanie komunikować się werbalnie, mimo ogromnych przeciwności.

Potem znów był dylemat – mieszkamy w kraju angielskojęzycznym, no i większość nauczycieli i terapeutów sugerowało skoncentrować się wyłącznie na jednym języku, czyli angielskim. Nie potrafiłam sobie jednak tego wyobrazić – moje serce mówiło po polsku i w tym języku chciałam mówić Hani, że ją kocham, śpiewać jej kołysanki, czytać Brzechwę i Tuwima. Nikt mi tego nie zabraniał, ale czułam dość duży sceptycyzm i spotykałam się z opinią, że przez dwujęzyczność Hani postępy w komunikacji mogą być znacznie opóźnione. Ja jednak wychodziłam z założenia, że jeśli w ogóle jest w stanie mówić, to będzie mówić w przynajmniej dwóch językach.

Kilka lat później ci sami ludzie dziękowali mi za ten upór, bo tym samym udowodniłam, że dzieci niedosłyszące też mogą się skutecznie porozumiewać w dwóch językach jednocześnie.
Dzięki specjalistycznej szkole, do której uczęszczała Hania, jej rozwój nabrał tempa i to nie tylko w zakresie mowy, ale także socjalnie, emocjonalnie i motorycznie. Nie mieliśmy wątpliwości, że jesteśmy na dobrej drodze. Children’s Hearing and Speech Centre of BC było solidnym fundamentem na niełatwej drodze Hani do samodzielno...

Pozostałe 70% treści dostępne jest tylko dla Prenumeratorów.

Co zyskasz, kupując prenumeratę?
  • 6 wydań magazynu "Terapia Specjalna"
  • Dostęp do wszystkich artykułów w wersji online
  • ...i wiele więcej!
Sprawdź

Przypisy